Gala DSF Kickboxing Challenge
Fundacja Mistrzom Sportu
Creative Green

GŁÓWNI PARTNERZY
Quanta cars
Fight Time
Gorący potok
Masters
DuoLife

PARTNERZY

„Mistrzowie Polskiego Związku Kickboxingu” - Zbigniew Kowalkowski, zawodowy i amatorski mistrz Europy

13.05.2019
„Mistrzowie Polskiego Związku Kickboxingu” - Zbigniew Kowalkowski, zawodowy i amatorski mistrz Europy
„Mistrzowie Polskiego Związku Kickboxingu” - Zbigniew Kowalkowski, zawodowy i amatorski mistrz Europy
Redakcja: Podobnie jak wielu innych świetnych kickboxerów wywodzi się pan z taekwondo. Dlaczego w pewnym momencie sportowej kariery zamienił pan taekwondo na kickboxing?

Zbigniew Kowalkowski: Kickboxing stał się bardzo popularny w drugiej połowie lat 80. za sprawą wielkich sukcesów Marka Piotrowskiego i Piotra Siegoczyńskiego, dziś prezesa Polskiego Związku Kickboxingu. To właśnie oni byli przedstawiani w mediach, zdobywali najważniejsze trofea, a inni chcieli walczyć tak jak Piotrowski i Siegoczyński. Mój pierwszy start w kickboxingu miał miejsce w 1986 roku w turnieju w Częstochowie, gdzie w finale kategorii -84kg przegrałem z Arturem Piekarzem. W tamtym czasie trenowałem równolegle jeszcze taekwondo, ale ostatecznie postawiłem na kickboxing. Za sprawą prezesa Marka Frysza było coraz więcej zawodów w kraju, pojawiały się szanse na występy międzynarodowe. Swój pierwszy tytuł mistrza Polski zdobyłem w 1992 roku w Poznaniu i w ten sposób zakwalifikowałem się do reprezentacji na mistrzostwa Europy w Warnie. Niedawno w Swarzędzu dostałem od Krzysztofa Kacperskiego zdjęcie z tego wspaniałego turnieju, na którym jesteśmy z Krzyśkiem, nieżyjącym Jackiem Drelą i Andrzejem Palaczem. Wtedy w Bułgarii po złoto sięgnęli także Piotrek Siegoczyński i Agnieszka Rylik.

Zawody w Bułgarii były dla pana wyjątkowe, bowiem w zagranicznym debiucie sięgnął pan po złoto Mistrzostw Europy. To było sensacyjne zwycięstwo?

Pierwszy raz rywalizowałem poza Polską, w turnieju tak wysokiej rangi i od razu zająłem pierwsze miejsce w formule light contact. Dla wszystkich to była sensacja – nikomu nieznany zawodnik z Polski wygrywa mistrzostwa Europy. Obawiałem się tego wyjazdu, zastanawiałem jak to będzie, czy podołam i wyzwaniu? To były inne czasy, wyjazdy zagraniczne były rzadkością, do tego trzeba było powalczyć o sponsorów. Na szczęście ze wszystkim sobie poradziłem, ze stresem, presją, walczyłem z czołowymi zawodnikami światowej klasy i wygrywałem z nimi. Pokonałem między innymi bardzo utytułowanego, kilkukrotnego mistrza świata Węgra Zoltana Szucsa. Jego wyeliminowałem w półfinale, zaś w finale stoczyłem bardzo trudny pojedynek z innym utytułowanym kickboxerem pochodzącym z Ukrainy. Przed tymi walkami nie miałem pojęcia, co oni wcześniej wywalczyli, że to absolutny światowy top. Można powiedzieć, że wychodziłem z tzw. partyzanta, a mimo wszystko rozstawiałem takich asów. Jak to możliwe? Po prostu podchodziłem do tych potyczek nadspodziewanie spokojnie, raczej nie oczekiwano ode mnie medalu w debiucie. Nie miałem nic do stracenia, a wiele do zyskania.

Z Mistrzostwami Starego Kontynentu w Warnie w 1992 roku wiąże się jeszcze jedna ciekawa historia związana z pańską osobą.

Byłem zawodnikiem specjalizującym się w wersji semi contact, czyli dzisiejszym pointfightingu. W tej konkurencji nie powiodło mi się w Bułgarii, ale dodatkowo miałem jeszcze zaplanowany start w light contact. I tej konkurencji poszło mi jak poszło, czyli sięgnąłem po złoto. Można powiedzieć, że to było niesamowite, byłem dzieckiem szczęścia.

Osobny rozdział to pana konfrontacje z Zoltanem Szucsem?

Dwa lata później, w 1994 roku w okolicach Wenecji zwyciężyłem w Pucharze Europy light contact w wadze 84kg, a finałowym przeciwnikiem był znów mistrz świata Zoltan Szucs. Później zaprosiłem go na walkę zawodową do miasta, z którego pochodzę – Działdowa. I przed polską widownią znów pokonałem węgierskiego zawodnika. Z pewnością miał mnie dość, ale trzeba pamiętać, że wygrał ze mną na mistrzostwach świata w Stanach Zjednoczonych. Nie byłem wówczas najlepiej dysponowany i efektem była wspomniana porażka. Tydzień przed wyjazdem do USA wziąłem udział w swoim pierwszym turnieju wersji full contact w Helsinkach. Niestety w walce z mistrzem Europy, po obrotówce dostałem na splot słoneczny i walkę przerwano, chociaż na punkty to ja prowadziłem. Sytuacja z Finlandii odbiła się na mojej formie w Ameryce. Z pewnością wielkim ryzykiem była rywalizacja w Helsinkach tuż przed MŚ. To był błąd, ale czułem, że jestem świetnie dysponowany, stąd ten start. Gwoli ścisłości, z Szucem zwycięstwo w Działdowie odniosłem po tej amerykańskiej przegranej, a nasz ostateczny bilans to 3-1 dla mnie. Nie wiem czy ktoś miał równie dobry z tym Węgrem.

Jako zawodowiec był pan dwa razy mistrzem świata, a karierę zakończył w 2008 roku mając równo 40 lat.

Ostatnią walkę stoczyłem na gali w Tarczynie koło Grójca, gdzie towarzyszyły mi m.in. władze Działdowo z burmistrzem Bronisławem Mazurkiewiczem na czele. Miałem to szczęście, w przeciwieństwie do wielu innych kolegów kickboxerów, że miasto i samorządowcy interesowali się moimi walkami i doceniali moją pracę, zwycięstwa. Dużo zyskałem jako sportowiec, m.in. za promowanie miasta w kraju i za granicą otrzymałem mieszkanie w Działdowie. Miałem motywację do ciężkich treningów. W międzyczasie zrobiłem już „papiery” instruktorskie i prowadziłem zajęcia sportowe. Pasją do sportu zaraziłem syna Adriana, który zdobywał tytuły mistrza Polski i był w kadrze narodowej. Potem miał trochę spraw osobistych na głowie i chciał skończyć karierę, ale na szczęście udało mu się wrócić do kickboxingu i niedawno zajął trzecią pozycję w MP full contact w Swarzędzu. Chce znów dostać się do reprezentacji i walczyć dla Polski w MŚ i ME. Ma dopiero 29 lat, wszystko przed nim. Dziś to Adrian prowadzi zajęcia z dziećmi i młodzieżą, a ja staram się mu pomagać. Uczymy głównie formy ciągłe – light contact, full contact. Na zajęcia przychodzą nawet 5-,6-letni dzieci, nie brakuje też starszych. Z kolei we własnym domu odpowiednią salkę, gdzie przyjeżdża trenować Adrian. Wkrótce czeka go dodatkowo debiut w boksie zawodowym. Pierwotnie był zaplanowany na końcówkę kwietnia, ale na przeszkodzie stanęła kontuzja żeber. A w kickboxingu będzie walczył w full contact i według zasad K1.

Od kilku lat profesjonalnie zajmuje się pan jeździectwem, a konkretnie WKKW, czyli rywalizacją we wszechstronnym konkursie konia wierzchowego. Trzeba powiedzieć, że to dość nietypowe zajęcia jak na byłego kickboxera.

Startuję w najtrudniejszej i najbardziej niebezpiecznej terenowej konkurencji w jeździectwie. Tak jak mówi się, że lekkoatletyka jest królową sportu, tak WKKW ma taki status w jeździectwie. Pierwszy etap to wykonanie programu na czworoboku, po uzyskaniu odpowiedniej liczby punktów przechodzi się do skoków na parkurze, aż wreszcie odbywa się cross, niezwykle wymagająca próba. Wiem, że w zawodach z 3 i 4 gwiazdkami, czyli z udziałem wyczynowców, zdarzają się śmiertelne wypadki.

Jak w ogóle znalazł się pan w jeździectwie?

Kiedy wyprowadziłem się na wieś i zbudowałem dom kilka kilometrów od Działdowa, zająłem się najpierw hodowlą psów. Jestem miłośnikiem zwierząt, dlatego z wielką chęcią jeździłem na wystawy itp. Mam duży teren wokół domu, dlatego i warunki dla piesków są znakomite. Po jakimś czasie kupiłem pierwszego konia huculskiego. Trafiłem na treningi do znakomitego WKKW-isty Jurka Krukowskiego i zaraziłem się miłością do tego sportu. Nauczyłem się techniki jazdy, ciągle się poprawiam. Spełniłem także marzenie o swoim koniu odpowiedniej klasy i umiejętności z predyspozycjami do skoków i WKKW, jaki zakupiłem w Holandii. Mam też konia krwi arabskiej z Janowa Podlaskiego. W tym roku planuję start w amatorskim Pucharze Polski będącym zawodami kwalifikacyjnymi do kolejnych wyzwań w jeździectwie. Ale wcześniej muszę zdobyć kwalifikację do PP. Już pierwszego czerwca będę rywalizował w Bogusławicach i liczę na dobry występ.
WSPÓŁPRACA:
WAKO
WAKO EUROPE
Ministerstwo Sportu i Turystyki
Antydoping
Prawo Sportowe
Fundacja Mistrzom Sportu
SportAccord
IWGA
Fisu
Polski Komitet Olimpijski
Copyright 2014 - 2019 Polski Związek Kickboxingu
Created by: KREATORMARKI.PL