Gala DSF Kickboxing Challenge
Fundacja Mistrzom Sportu
Creative Green

GŁÓWNI PARTNERZY
Quanta cars
Fight Time
Gorący potok
Masters
DuoLife

PARTNERZY

"Mistrzowie Polski Związek Kickboxingu" - MICHAŁ RONKIEWICZ, srebrny medalista Światowych Igrzysk Sportowych

19.08.2019
"Mistrzowie Polski Związek Kickboxingu" - MICHAŁ RONKIEWICZ, srebrny medalista Światowych Igrzysk Sportowych
"Mistrzowie Polski Związek Kickboxingu" - MICHAŁ RONKIEWICZ, srebrny medalista Światowych Igrzysk Sportowych
Redakcja: W 640-tysięcznym Wrocławiu można wybierać i przebierać w dyscyplinach sportowych, a pan zdecydował się na kickboxing. Dlaczego?

Michał Ronkiewicz: Precyzując, pierwsza była koszykówka, a to za sprawą boomu jaki kilkanaście lat temu był na ten sport w stolicy Dolnego Śląska. Mieliśmy świetną drużynę - Śląsk Wrocław, w składzie m.in. z nieżyjącym już Adamem Wójcikiem, czy Maciejem Zielińskim, i niemal wszyscy chłopcy chcieli grać tak jak oni. Chodziliśmy na mecze, kibicowaliśmy i trenowaliśmy. Mówię w liczbie mnogiej, bo wszystko zaczęło się od mojego od 2 lata starszego brata Kamila, a potem ja dołączyłem z kolegami. Najpierw byliśmy w sekcji szkolnej, potem w podsekcji Śląska, a jeśli chodzi o pozycje na boisko, mając 12-14 lat nie mieliśmy jeszcze wybranej tej jedynej, w której mielibyśmy się specjalizować. To był etap selekcji, przebijania się. Niestety nie udało mi się raz, potem drugi dostać do szkółki Śląska, dlatego zniechęciłem się do koszykówki. Bratu szło lepiej, ale ostatecznie i on zrezygnował.

Poszukując dalej swego miejsca w sporcie, trafiliście na kickboxing?
I znów brat zaczął jako pierwszy ćwiczyć kickboxing, a ja poszedłem jego śladem. Zresztą zawsze trzymaliśmy się razem, ale to Kamil był głównodowodzącym w naszej dwójce. Najpierw trenowaliśmy w Gladiatorze, potem w kolejnych klubach, przy okazji "zwiedzając" niemal wszystkie we Wrocławiu. Jeden akurat rozwiązywał się, to przenosiliśmy się do drugiego, tam też coś się działo, wtedy udawaliśmy się trzeciego. Ślepo szedłem za bratem, bo mu ufałem. W kickboxingu nieźle sobie radził, ale miał pecha do kontuzji. Zerwanie więzadła w jednym kolanie, następnie w drugim, między urazami długie przerwy, rehabilitacje, powrót do zdrowia i sportu, i znów to samo. Dlatego dał sobie spokój.

Pana kontuzje na szczęście omijały?
Aż tak dobrze nie było, bowiem jakiś czas przed The World Games miałem spore problemy z rzepką, kolano bardzo mnie bolało i przez około 3 miesiące w ogóle nie trenowałem. Tymczasem dostałem tzw. dziką kartę, co oznaczało, że pojawiła się szansa startu w bardzo prestiżowych zawodach. Nie mogłem jej stracić, a na szczęście w tamtym momencie leczenie dobiegało końca. Zacisnąłem zęby, ciężko pracowałem i udało się w miarę nieźle przygotować do Igrzysk Sportów Olimpijskich, chociaż faktycznie czasu miałem niewiele. Strasznie motywowało mnie to, że turniej odbędzie się w moim mieście - Wrocławiu. Wcześniej byłem na kilku zawodach międzynarodowych rangi mistrzowskiej, ale szło mi dość przeciętnie, raczej w kratkę, a tymczasem przed własną widownią osiągnąłem wielki sukces. Wiedziałem, że muszę dać z siebie 110 proc. i to się udało.

Czy tak naprawdę dla zawodnika kickboxingu, zwłaszcza pochodzącego z Wrocławia, były zawody The World Games?
Przede wszystkim bardzo dużym wyróżnieniem. Do Polski przyjechali sami najlepsi zawodnicy z całego świata, wyłonieni w kwalifikacjach. My jako organizatorzy mieliśmy pewną pulę miejsc i dzięki temu udało mi się wystąpić w najmocniejszym turnieju, w jakim kiedykolwiek brałem udział. Oczywiście duże znaczenie miało miejsce rywalizacji, czyli wrocławska hala Orbita. Pół hali przychodziło specjalnie na moje walki, więc to robiło mega wrażenie, a niesiony dopingiem wygrywałem z teoretycznie znacznie mocniejszymi przeciwnikami. Czasem sportowcy mówią, że w trakcie pojedynku nie słyszeli dopingu, bo takie były emocje, a ja po prostu nie mogłem nie słyszeć dopingu. Tumult był ogromny, bardzo mi pomogli fani - rodzina, koledzy, znajomi, sąsiedzi.

Proszę opowiedzieć o walkach, w ćwierćfinale kategorii -75kg w formule K-1 Rules spotkał się pan z Serbem Ljubo Jalovi, w półfinale z Rosjaninem Datsi Datsievem i w finale z Francuzem Zakarią Laaouatni.
Losowanie miałem najgorsze z możliwych, całkowicie mi się nie poszczęściło. Patrząc na turniejową drabinkę widziałem się w potyczkach z utytułowanymi zawodnikami, Mistrzem Świata i Europy, trochę mniej osiągnięć na koncie miał rywal z Francji. Na papierze nie miałem z nimi szans, ale teoria a praktyka to dwie różne sprawy. Z wcześniejszych walk znałem tylko zawodnika z Bałkanów, z którym biłem się na Mistrzostwach Europy WAKO w 2014 roku w Bilbao. Wtedy w Hiszpanii wygrałem pierwszą walkę, a przegrałem właśnie z Serbem. Akurat w tamtym czasie przechodziłem z klubu do klubu, a po drugie w kategorii -75kg miał startować Paweł Biszczak. Wypadł tydzień przed turniejem, a ja w ostatniej chwili zająłem jego miejsce w kadrze Polski.

Mijają 2 lata od wspaniałych zawodów, jakimi były zmagania kickboxerów na The World Games. We Wrocławiu złoto zdobyli Dawid Kasperski (-86kg) i Marta Waliczek (-60kg), srebro pan i Mateusz Pluta (-91kg), a brąz Małgorzata Dymus (-56kg) i Wojciech Kazieczko (-67kg).
Po zwycięstwie z Serbem, trafiłem w półfinale na mocnego Rosjanina. W ogóle w oby tych walkach o moich wygranych przesądziły końcówki. Widziałem na tablicy, że za każdym razem jest 2:1 dla mnie, 2:1 dla przeciwnika i to się zmieniało, ale na tym polega urok maszynek. Wystarczy jeden mały punkt, jeden low kick i albo się zwycięża, albo przegrywa. Można powiedzieć, że triumfowałem rzutem na taśmę, ale byłem bardzo zdeterminowany. Na yotube jest nagranie pojedynku z Datsievem, na którym widać jako 10 sekund przed końcem spoglądam na ekran z punktacją, widzę, że prowadzę, dlatego po chwili dążę do klinczu, znów klinczuję i dobijam rywala. On nie widział punktacji, ale trzeba być spostrzegawczym i mieć sposób.

Przebrnął pan przez 1/4 i 1/2 finału, a dlaczego nie udało się pokonać Francuza Laaouatniego?
To był kawał chłopa, mierzył ze 190 cm, był wyższy ode mnie o głowę. Byliśmy na jednym ważeniu dlatego zrobił limit do 75 kg, chociaż miałem nadzieję, iż to mu się nie uda. Do finału wyszedłem bardzo porozbijany po tamtych walkach, ze złamanym nosem, Francuz do tego miał większy zasięg ramion, znacznie lepsze warunki fizyczne. Trafił mnie raz i drugi w nos, mocno odczułem te ciosy, łzy napłynęły do oczu, ale nie mogłem się poddać. Miał mnie na deskach, jednak dotrwałem do końca. To był wspaniały turniej.

Zdecydowanie najlepszy w całej karierze?
Nie mam co do tego wątpliwości. Dużą rolę odegrał mój trener klubowy z Gym-Fight Wrocław Rafał Petertil, który był w narożniku. Współpracujemy już kilka lat i on mnie zna doskonale.
A jak wypadł pan w zawodach rangi MŚ i ME?
Wspomniałem o ME 2014 w Bilbao, potem były MŚ 2015 w Belgradzie i ME 2016 w Mariborze. To nie były dobre występy, może przesądziła o tym dyspozycja dnia, może inne czynniki. Czasem jest tak, że wchodzi się do ringu i świetnie idzie z walki na walkę. W tych imprezach nie poszło po mojej myśli, dlatego siadałem na trybunach i dopingowałem koleżanki i kolegów. Rekompensatą tamtych niepowodzeń było srebro na The World Games.

Wróci pan do startów na ringach amatorskich?
Trudno powiedzieć, bo z jednej strony czuję niedosyt ze względu na MŚ i ME, a z drugiej odkułem się na The World Games za wszystkie poprzednie zawody. Jakby nie patrzeć, to w kickboxingu najważniejszy turniej. W amatorach walczyłem w mistrzostwach służb mundurowych, jesienią wybieram się na Puchar Europy K-1 do Pragi. Zobaczymy jak spiszę się po 2-letniej nieobecności, a muszę dodać, że kickboxing zawodowy i amatorski to jakby dwie różne dyscypliny. Oczywiście chcę dalej bić się na wysokim poziomie, kibice tego ode mnie oczekują i ja sam od siebie. Poza tym brakuje mi startów, stąd pomysł na wyjazd do Czech. W tym roku stoczyłem dopiero jedną walkę.

Miało to miejsce na DSF 21, gdzie wygrał pan z Maciej "Irokez" Jewtuszko.
Dwie moje najtrudniejsze walki to te ostatnie, z Maćkiem Jewtuszko i w grudniu 2018 na meczu Polska - Białoruś w ramach DSF Kickboxing Challenge. Jeśli chodzi o rywala ze Szczecina, najlepsze lata ma za sobą, ale wciąż jest groźny, taki stary lis. Zawodnik z MMA o innej posturze, do tego mańkut, który dużo bił na odejściu i trzeba było uważać. Bardzo dobrym zawodnikiem jest Max Spadarenka, który miał świetny rok na ringach amatorskich. Z nim minimalnie przegrałem w dogrywce i co bym nie powiedział, to już wyniku nie zmieni.

Kto w kraju napsuł panu najwięcej krwi?
Z pewnością Paweł Biszczak, z którym spotkałem się 5 razy i zawsze on był górą. Nigdy nie udało mi się go przełamać. To były walki na wyniszczenie, kto zada więcej ciosów, który zdominuje przeciwnika. W kraju mam dwa tytuły Mistrza Polski - w low kicku i K-1 Rules. Zawsze specjalizowałem się w twardych formułach i nie mogło być inaczej, skoro trafiałem do klubów specjalizujących się w tej odmianie walki.

Jakie są pana dalsze plany sportowe?
Kickboxing jest moją wielką pasją. Ciężko się utrzymać tylko ze sportu, ale staram się jak najwięcej czasu spędzać na sali. Prowadzę zajęcia indywidualny w klubie Gym-Fight Wrocław przy ulicy Ruskiej i przy okazji zapraszam wszystkich chętnych na spróbowanie swych sił, i początkujących, i bardziej zaawansowanych. Tydzień temu ukończyłem kurs na trenera przygotowania motorycznego i w tym kierunku mam zamiar również się rozwijać.
WSPÓŁPRACA:
WAKO
WAKO EUROPE
Ministerstwo Sportu i Turystyki
Antydoping
Prawo Sportowe
Fundacja Mistrzom Sportu
SportAccord
IWGA
Fisu
Polski Komitet Olimpijski
Copyright 2014 - 2019 Polski Związek Kickboxingu
Created by: KREATORMARKI.PL